Wrocław.
Wybory.
Godzina 2:15, już 11 maja.
Z wściekłością po rzuceniu staropolskiego "Pierdolić to!" opuszczam poczekalnię, gdzie czeka niczym na zbiorowe ścięcie tłum osób.
Panowie w garniturach. Młode dziewczyny z rumieńcem na twarzy. Starsze panie z niekrytymi siwiznami oraz te, których włosy jeszcze nie pozbawione są kolorów.
Wszyscy czekają aż na dużym ekranie ich numerek komisji podświetli się na zielono.
Zielony to kolor nadziei. W tym wypadku nie nadziei, ale potwierdzenia, że wszystko jest ok i można iść do domu.
W opozycji oczywiście raz na jakiś czas pojawiają się kwadraciki z numerami na czerwono.
To ten element wyborczej układanki, ta tablica i poczekalnia pełna zmęczonych osób sprawił, że straciłem ostatecznie wiarę w
mądrą demokrację w Polsce.